Moja pierwsza podróż do Trybu
Poniższym wpis jest oryginalnym tekstem napisanym przeze mnie wiosną 1996. Ostatni raz był edytowany w październiku 1997. Przynajmniej dwóch bohaterów występujących w tym tekście tekstu – Tomek Służewski i Mirek Anyż pożegnało już ten świat.
PIERWSZA PODRÓŻ
Biorąc pod uwagę funkcjonowanie mojego starego towarzystwa „ogólniakowego” jako tzw. podobozu odwiedzającego bazy jeździeckie, był to rok istotnych zmian. Pierwszą postacią, która odegrała istotną rolę w ówczesnych wydarzeniach, był mój już wtedy serdeczny przyjaciel Tomek Służewski. Tomek jest postacią do dziś słynącą z wybitnie nieumiejętnego lokowania swych uczuć. Gdzieś w okolicach końca 1988 roku jego kolejną „jedyną i największą miłością życia” stała się Kasia Marszał. Tradycyjnie starania zakończyły się sromotną porażką, ponieważ jednak w owych czasach Tomek potrafił dopatrywać się swych niepowodzeń wyłącznie w istocie natury niewieściej (podczas gdy każdy choć trochę zorientowany w przebiegu wydarzeń kładł wszystko na Tomkową nieporadność), postanowił odsunąć Kasię od towarzystwa. Okazało się to bardzo łatwe, gdyż większej części mężczyzn (bracia Pichalscy, Mirek Anyż, Paweł Polakowski, a zwłaszcza Marcin Lasocki) było obojętne, z jakimi kobietami się zadają, byle było ich niezmiennie dużo. Wystarczyły więc dwie imprezy u Pichlaków, na które niby przypadkiem („bo wiecie, wszystko organizowaliśmy w ostatniej chwili i nie było kiedy zadzwonić”) nie zaproszono starych koleżanek, aby w sposób nieskomplikowany doprowadzić do secesji. W ten właśnie prosty sposób od towarzystwa odpadła na stałe żeńska część mojej klasy: Kasia, Agnieszka Zając, Dorota Wilczyńska no i Gosia Chudek, którą Robert Pichalski porzucił dla jej najserdeczniejszej przyjaciółki, Ani Jastrzębskiej. Najgorzej ucierpiałem na tym ja i poczciwy Wojtek Ryciak, którzy, jako najbardziej zżyci z dziewczynami zmuszeni byliśmy do wysłuchiwania ich skarg na okrutne potraktowanie. Co gorsza przez jakiś czas dziewczyny uważały nas za Judaszów, gdyż nie okazaliśmy się na tyle rycerscy, by potępić niegodnego Tomasza i odciąć się od zdeprawowanej męskiej czeredy. Ale uznaliśmy wówczas, że jesteśmy poza konfliktami maluczkich i nie będziemy z cudzego powodu odcinać się od grona przyjaciół. Z perspektywy czasu nie było to złe posunięcie, gdyż udało nam się utrzymywać przez długi czas dobre stosunki z obiema stronami konfliktu. Natomiast – nie da się ukryć – towarzystwo Tomka i chłopaków było o wiele ciekawsze, stąd też kontakty z byłymi koleżankami z klasy były dużo rzadsze niż z męską częścią grona. Co do Tomka, to spotkała go zasłużona kara – był w Trybie tylko 2 razy i nie spodobało mu się tam (choć oczywiście, można to uznawać za karę wyłącznie z punktu widzenia osoby kochającej Tryb, więc on na pewno nie czuł się dotknięty tą przypadłością). Ale cóż – śmierć frajerom.
Mniej – więcej w tym samym czasie z towarzystwem związała się mocniej była koleżanka z klasy Pichlaków i Tomka, niejaka Beata Wrona. Była to osoba oceniana przez całe towarzystwo najbardziej niejednoznacznie ze wszystkich, które się przez nie przewinęły. […] W każdym bądź razie, gdy Łukuś zaproponował nam w tym roku wyjazd do Trybu, Beata była jedną z pierwszych osób, które poparły ten pomysł. Jak już wspomniałem wyżej, dzięki działaniom Tomka S. towarzystwo było w owym czasie mocno podzielone, stąd też trudno było zorganizować „mocną ekipę” na wyjazd – między innymi odmówił wyjazdu sam Tomek, spragniony bardziej cywilizowanych form spędzania czasu wolnego. W efekcie chęć wyjazdu potwierdziliśmy tylko: Wronka, ja, bracia Pichalscy, Marcin „Lasek” Lasocki, Mirek Anyż, Paweł Polakowski i Wojtek Ryciak, z czego część nie mogła wyjechać w dowolnym czasie, bo była związana jakimiś innymi terminami.
W efekcie na początku lipca gotowi do wyjazdu na Podlasie byliśmy tylko we trójkę: Piotrek Pichalski, Wronka i ja. Podróż odbyliśmy w sposób jak na owe czasy niezwykle komfortowy – Robert Pichalski zawiózł nas swoim Fiatem (125p, dla przyjaciół „Karolek”). Podróż odbywała się w sposób dość niesamowity. Po pierwsze wszyscy byliśmy postraszeni przez Łukusia osobą niejakiego Grodzkiego, bossa stajni w Paszkowie, który miał akurat prowadzić obóz w Trybie (Łukuś pojechał tam dwa dni wcześniej z nadziejami, że zajmie jego miejsce), i od którego widzimisię zależała nasza przyszła bytność na bazie. Po drugie, sama podróż była dość niesamowita.
Siedlce przywitały nas potworną burzą z gradobiciem, tak silną, że Robert musiał zatrzymać samochód, gdyż wycieraczki nie były w stanie zbierać wody z szyb. Trasę z Siedlec do Łosic przebyliśmy w strugach deszczu z minimalną prędkością. Dopiero potem przestało padać, a zza chmur wychynęły nieśmiałe promienie popołudniowego słońca. Romantycznie i niesamowicie zaczęło być za wsią Łysów, kiedy naszym oczom ukazał się zupełnie już zapomniany w Warszawie i okolicach widok kocich łbów. Ta niewygodna trasa ciągnęła się jeszcze przez kilka kilometrów, przez nie zaznaczoną na mapie wieś Hruszew do Tokar, naszego ostatniego punktu orientacyjnego. We wsi tej zboczyliśmy w prawo w polną drogę, na której po kilkudziesięciu metrach pojawił się murowany młyn i drewniany mostek na rzeczce Tocznej, zmuszający Roberta, nieco już wówczas przerażonego dzieciątka cywilizacji, do nagłego hamowania. Mostek wyglądał w istocie nieciekawie – jego konstrukcja była całkowicie drewniana, a powierzchnia pozbawiona była jakichkolwiek poręczy, dziurawa i pokrzywiona. Generalnie rzecz biorąc nie wzbudzał zaufania (faktycznie stoi do dnia dzisiejszego, a wydarzenia, które opisuję, miały miejsce w roku 1989). Po burzliwej naradzie, podczas której upadła genialna (jak mi się wtedy zdawało) koncepcja przejazdu przez znajdujący się 20 metrów dalej bród, Robert wysadził nas z samochodu i z piskiem opon (oraz, jak mniemam, zamkniętymi oczami) przejechał mostek na pełnym gazie, starając się, żeby ten zarwał się raczej za nim niż pod nim. Potem dowiedzieliśmy się, że z mostka tego regularnie korzystały ciągniki rolnicze, aczkolwiek tubylcy korzystali z niego w sposób dość oryginalny, fiksując kierownicę widłami i wysiadając z ciągnika, a następnie goniąc go biegiem, gdy ten już przebył mostek szczęśliwie.
Za mostkiem znów zaczęło padać, tak że nie zauważyliśmy nawet kolejnego mostka 300 metrów dalej i przejechaliśmy przez niego w pełni nieświadomie (ten mostek został, ze względu na zły stan techniczny, rozebrany dwa lata później, a na jego miejsce usypano groblę. Natomiast pierwszy, który wzbudził nasz respekt, stoi do dzisiaj). Dalej droga wychodziła na otwarte pole i biegła lekko pod górę. Na drodze tej spotkaliśmy młodego człowieka objuczonego ciężkim plecakiem zmierzającego w tą samą stronę co my. Zatrzymaliśmy się więc przy nim, aby zasięgnąć języka, czy jedziemy dobrą drogą. Po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi pozostawiliśmy go dalej w strugach deszczu i udaliśmy się dalej. Człowiekiem tym był mój obecny przyjaciel Marian – Marcin Ciepliński. Droga doprowadziła nas na niewielkie wzgórze, z którego rozpościerał się widok na las nieopodal, na wprost nas. Dojeżdżając do skraju lasu, z lewej strony, ni stąd ni z owąd pojawiła się maleńka gajówka, a w głębi za nią stajnia. Gdy wjechaliśmy na podwórko, oczom naszym ukazała się drewniana wiata, pod którą stały ustawione wzdłuż stoły i siedziała gromadka ludzi przyglądających się nam ciekawie. Wśród nich był na szczęście Łukuś.
W tym miejscu pozwolę sobie na dość dokładny opis bazy, gdyż ułatwi to ewentualnemu Czytelnikowi zrozumienie opisu niektórych późniejszych zdarzeń, opisanych w tych wspomnieniach. Droga z Tokar jest typową polną drogą utwardzoną. Biegnie ona najpierw przez pola, a następnie z lewej strony pojawia się las, na którego skraju stoi gajówka Tryb (lub też, jak mówią miejscowi Tryba. Tak samo nazywają oni drogę). W ten sposób biegnie ona skrajem lasu przez następne półtora kilometra, a następnie wchodzi całkowicie w las, który pojawia się także po jej prawej stronie i przez następne 4-5 km przebiega przez las, po czym kończy się, wchodząc ostrym kątem w asfaltową drogę łączącą Mężenin z Platerowem, nie opodal Kisielewa. Zaraz za Tokarami, po przebyciu mostku i grobli, po lewej stronie rozpościera się niewielki zagajnik, a za nim rozdroże – od Tryby odchodzi w lewo droga do wsi Ruda Instytutowa, biegnąc dalej wzdłuż doliny Tocznej. Na rozdrożu tym stoi duży krzyż, pod którym często zażywaliśmy krótkiego odpoczynku. Przed opisywanym wcześniej wzgórzem jest skrzyżowanie – droga w lewo biegnie równolegle do drogi odchodzącej spod krzyża, a kończy się wchodząc prostopadle w tak zwaną mężeninówkę – drogę łączącą wieś Mężenin z Drażniewem, słynną z tego, iż w jej pobliżu, w lesie znajduje się lej po bombie V-2, która upadła tam przy okazji jakiegoś nieudanego eksperymentu faszystów w czasie II Wojny Światowej, i została następnie zdemontowana przez AK i przekazana Anglikom. Skręcając na skrzyżowaniu w prawo, po około 20 minutach żywego marszu dociera się do wsi Rusków. Idąc dalej Trybą mija się wzgórze, za którym jest gajówka. Tuż przed gajówką stoi maleńki zagajnik, oddzielony od bazy poprzeczną drogą, której prawa odnoga wiedzie do Ruskowa, a lewa, przez lasy do mężeninówki. Za gajówką, mniej-więcej w połowie drogi do miejsca, w którym Tryba ginie w lesie, odbiega od niej w prawo kolejna droga do Ruskowa, jedyna względnie przejezdna dla samochodów. Ponadto, na odcinku leśnym, Tryba jest regularnie przecinana przez inne leśne drogi. Zaraz za gajówką, na skraju lasu po lewej stronie stoi ambona; druga taka sama jest tuż przed miejscem, w którym las zaczyna się także po prawej stronie.
Podwórko, na którym stoi gajówka, jest porośnięte trawą i otoczone ze wszystkich stron żywopłotem, wzmocnionym na niektórych odcinkach siatką lub drewnianym płotem. Skręcając z Tryby w lewo w bramę, gajówka zajmuje lewy róg podwórka. Za nią stoi drewniana wiata, pod którą, z uwagi na małe rozmiary gajówki, toczy się całe życie towarzyskie. Tam spożywa się posiłki, tam siedzi, jak nie ma nic do roboty, tam też, przy kominku odbywają się co wieczór balangi. Za wiatą stoi maleńki budyneczek, który do 1992 roku służył jako narzędziownia, a w 1993 został, z uwagi na wyjątkowo liczebne obozy, przerobiony na noclegownię, zwaną Hotelem Gortton, od ksywy jednego z jej współtwórców, to znaczy mnie. Za nią znajduje się kolejna wiata, służąca tradycyjnie za drewutnię. Po prawej stronie podwórka, wzdłuż żywopłotu oddzielającego podwórko od sadu, stoją kolejno: wiata – zmywalnia naczyń, studnia, umywalka, furtka do sadu i koniowiąz (zbudowany w 1989). Na wprost bramy podwórko zamyka stajnia. Budynek ten był pierwotnie zapewne stodołą i został na cele stajenne specjalnie zaadoptowany. W środkowej, betonowej części znajdują się cztery boksy dla koni, łazienka z prysznicem, siodlarnia, magazyn owsa oraz loszek, który służył za skład żywności i alkoholu. Strych spełniał rolę składu siana i słomy. Naokoło zasadniczej części budynku zbudowane są trzy drewniane wiatki, a w każdej z nich stanowiska dla 2 koni. Szczególnego rodzaju konstrukcję stanowił prysznic. Do ściany stajni pod sadem było przytulone drewniane rusztowanie, a na nim, tuż poniżej górnej krawędzi dachu wisiał podłużny, owalny baniak. Do baniaka pompowało się wodę ze studni za pośrednictwem węży strażackich, natomiast dołem spływała ona metalowymi rurkami przez okno do łazienki, gdzie pod sufitem zainstalowano najprawdziwszy tryskacz, otwierany i zamykany przy pomocy łańcuszka. Ponieważ baniak na dachu był powleczony czarną farbą, w pogodne dni woda potrafiła się nagrzać od słońca tak, że kąpiel bywała nawet za gorąca.
Jako że okoliczne chłopstwo wielokrotnie dawało nam się we znaki swymi złodziejskimi temperamentami, wszystkie możliwe ruchomości z Trybu były po zakończeniu każdej akcji letniej wywożone na przechowanie do zaprzyjaźnionego kowala Cieciury w pobliskim Ruskowie, po czym w kolejnym roku, inaugurując nową akcję letnią zwoziliśmy je na bazę z powrotem. Instalacja prysznica była jedną z ciekawszych zabaw związanych z „rozwijaniem bazy”. Sam miałem okazję uczestniczyć w niej coś w okolicach 1992 roku, kiedy jako świeżo upieczony nadwachmistrz i pełnomocnik bazy wykazywałem hiperaktywność twórczą. Pierwszy obóz miał być wówczas prowadzony przez duet: Mikołaj – Mietła. Ta druga osoba słynęła w środowisku jako osoba do przesady przewidująca i zapobiegliwa. W ramach tego na rozwinięcie bazy przywiozła dla swoich przyszłych kursantów – śledzie. Zważywszy na to, że był koniec czerwca i upały nieludzkie, a w Trybie z powodu braku prądu (nikt tam nigdy nie dociągnął linii energetycznej) nie istniała lodówka, miłe rybki już drugiego dnia zaczęły się intensywnie dopominać wypuszczenia ich spod folii. Tak więc Mietła – chcąc nie chcąc – musiała odżałować rybki kursantom i zutylizować je na wykarmienie ekipy „rozwojowej”. Propozycja spożycia śledzika padła w momencie, kiedy akurat zabieraliśmy się za wieszanie bańki nad dachem. Jako że upał był znaczny, a południe minęło, z chęcią przystaliśmy na niespodziewaną przerwę w pracy. Z tym że wiadomo – rybka lubi pływać. Tak więc do śledzia natychmiast znalazła się wódeczka, potem druga, Marian chwycił za gitarę… Za wieszanie baniaka wzięliśmy się dopiero po dwóch godzinach, wszyscy mocno pijani, za to w nastrojach iście szampańskich. Biorąc pod uwagę nasz stan, ciężar bańki oraz dość już nadwyrężoną konstrukcję rusztowania uważam, że fakt iż wszyscy wyszliśmy z operacji cało był zwiastunem Opatrzności.
Droga, która krzyżuje się z Trybą przy gajówce, oddzielając ją od małego zagajnika, biegnie sobie tyłem za gajówką i wiatą oraz wzdłuż boku stajni. Jest z niej drugi wjazd do gajówki, od strony stajni właśnie i tamtędy wychodzi się na ogół na jazdy. Na wysokości tego wyjścia na skraju zagajnika stał kibelek – zwyczajna drewniana „sławojka”. Niestety, gdzieś pomiędzy 1988 a 1989 rokiem spotkał ja los wielu innych rzeczy, których wywiezienie do kowala do Ruskowa wydawało się nam niepotrzebne – jakiś obrotny chłop przejeżdżał furmanką, zapakował budkę i tyle ją widzieliśmy. Tak więc, kiedy postawiłem swoją stopę w Trybie po raz pierwszy, problem odbudowy kibelka był jednym z kluczowych, a odpowiedzialne to zadanie zostało powierzone Łukusiowi i „jego ludziom”, czyli mnie, Pichlakowi i reszcie, która dojechała w międzyczasie.
Zastana sytuacja utwierdziła nas w przekonaniu, że koncepcja kibla – sławojki jest nieefektywna i nie sprawdza się w tym miejscu i czasie. Dlatego też do powierzonego zadania podeszliśmy z powagą. Nie chodziło wszak tylko o odbudowę ubikacji. Wcześniej należało opracować koncepcję nowego projektu, nowej wizji użytkowej, funkcjonalnej i intymnej jak sławojka, a zarazem mającej sprostać lokalnym uwarunkowaniom tak, aby przetrwać szereg następnych lat na swoim miejscu. Na pewno podstawa pozostawała niezmienna – musiał nią być bardzo głęboki dół. Wykopaliśmy go w głębi zagajnika, w największych krzakach. Następnie przykryliśmy go specjalną platformą, zbitą z bardzo grubych bali i desek. Trwałość tej konstrukcji miała znaczenie wręcz fundamentalne dla każdego potencjalnego użytkownika. W środku platformy znajdowała się dziura, która została obudowana wysokim tronem z podnóżkiem. Na wierzch tronu została położona zupełnie konwencjonalna deska sedesowa. Uzyskane podczas budowy surowce wtórne (piach i wykarczowane gałęzie) posłużyły do otoczenia konstrukcji zeribą, zapewniającą ograniczenie widoczności kibelka do poziomu gwarantującego użytkownikowi pełne poczucie intymności. Jako dach posłużył nam natomiast stary kawał spadochronu – dobrze rozciągnięty pomiędzy drzewami pozwalał na spokojne załatwianie swych potrzeb także podczas deszczu. Od kibelka do skraju zagajnika wytyczyliśmy natomiast specjalną, okrężną ścieżkę – wszystko dla poprawienie intymności. Na skraju ścieżki – tam gdzie wychodziła ona na drogę przy wyjściu ze stajni stanął natomiast semafor z obrotowym, dwuskrzydłowym ramieniem: „WOLNE/ZAJĘTE”.
Trzeba przyznać, że nasza koncepcja okazała się trafna – nowy kibelek został od razu przyjęty z entuzjazmem, zwłaszcza przez stałych trybowych bywalców. I trwała – urządzenie stało niezmiennie jeszcze do tegorocznych wakacji (1997), pomimo że ostatnia zorganizowana akcja letnia w Trybie odbyła się w 1994 roku.
Poniższe zdjęcia nie pochodzą niestety z 1989 roku, jednak ukazują gajówkę i okolice, które przez ten czas aż tak bardzo się nie zmieniły.







Zdjęcia – z którego są roku?
Paszczaku, z czerwca tego roku
Jeśli chodzi o olej po V2 , to nie z niego wydemontowano praktycznie całą nieuszkodzoną rakietę. Tylko to odbyło się parę kilometrów na północ od Serpelic. W zakolu Bugu ona spadła i nie wybuchła. No i AK udało się to wydobyć, przewieźć w inne miejsce, przyleciał DC-3 i przywiózł te części do Anglii.