Era autora

Pierwszy kontakt

Zanim przejdę do historycznego omówienia zdarzeń, dokończę jeszcze opis kilku istotnych elementów wyglądu Trybu i funkcjonowania obozów w nim.

Jak zawarłem to dość dokładnie w poprzednim poście, którego treść powstała 30 lat temu, gajówka stała „pośrodku niczego”. Do Ruskowa – najbliższej wsi szło się około pół godziny, do Tokar kilka minut dłużej, do Rudy nad kąpielisko przy młynie w Tocznej marsz zajmował prawie godzinę. Trybą, czyli utwardzoną polną drogą łączącą Tokary z Kisielewem czasem przejechały 2-3 pojazdy na dobę. A czasem przez kilka dni nie przejechało nic. Jednak to położenie „pośrodku niczego” miało wówczas znaczenie bardzo strategiczne. Otóż leśna droga krzyżująca się z Trybą tuż przy gajówce była granicą ówczesnych województw siedleckiego i bialskopodlaskiego (a może Bialsko-podlaskiego lub nawet Bialsko-Podlaskiego, niech mi Misio wybaczy błędy w pisowni. Aj, zwany też ejajem twierdzi że bialskopodlaskiego, a skoro tak twierdzi, to na pewno sprawdził to wcześniej w treści poprawianych przez Misia szkolnych wypracowań, więc nie halucynuje ;)). No więc całe siedlisko z gajówką, stajnią i sadem znajdowało się w Bialskopodlaskiem, natomiast zbudowany przez nas kibelek z semaforem znajdował się już w Siedleckiem. Pozwalało to nam na dyskretne oddalanie się do toalety posługując się zwrotem „to ja idę w Siedleckie”. A najstarsi bywalcy twierdzili, że w czasie stanu wojennego, aby udać się do Trybu, trzeba było posiadać formalne przepustki uprawniające do przekroczenia granicy województw. Ile w tym było prawdy nie wiem, ale anegdota była na pewno ładna.

Sama gajówka jest niewielka – składała się wówczas z sieni, kuchni z najprawdziwszym piecem kaflowym z żeliwnymi fajerkami na paleniskach, oraz dwóch izb, z których jedna była pokojem instruktorskim, druga, nieco większa, balangownią. Na jej wyposażeniu znajdowała się piętrowa prycza zwana kopulodromem, długi drewniany stół i dwie ławy. Prycza była w stanie pomieścić 8-10 osób, acz zdarzały się imprezy, po (lub podczas) których uczestnicy zalegali także na poziomie „-1”, na podłodze pod pryczą. W moich czasach balangownia służyła niemal wyłącznie do spania, imprezy były tam rzadkością i odbywały się tylko w bardzo chłodne dni. Normalnie życie towarzyskie kwitło pod wiatą, gdzie było znacznie więcej miejsca no i można było dogrzewać się trochę kominkiem.

Niezwykłym elementem mającym wpływ na funkcjonowanie na bazie był całkowity brak prądu i problemy z wodą. Prąd nie został dociągnięty do gajówki do dzisiaj. WIeczory spędzaliśmy więc przy świecach, lampach naftowych i latarkach. Wodę ciągnęliśmy ze studni, na której postawiona była regularnie psująca się zielona pompa. Sezonowo stan wody w studni bywał tak niski, że trzeba było zabierać konie na pojenie do Tocznej. I w takich warunkach wakacje spędzało 8-12 koni oraz od kilku do kilkudziesięciu osób. Wakacje (te studenckie, czyli od końca czerwca do końca października) były podzielone na 5 obozów, czyli każdy obóz trwał około 18-19 dni. Obóz miał dwie osoby „kadrowe”: instruktora i kierownika. Instruktor miał za zadanie prowadzić jazdy i dbać o dobrostan koni. O dobrostanie jeźdźców w tamtych czasach jeszcze nikt nie słyszał ;). Kierownik miał za zadanie dbać o całą resztę: obsadzać wachty, dbać o finanse, porządek, aprowizację i dobry nastrój uczestników. No chyba, że wyznaczył oficera kulturalno-oświatowego, wtedy miał jeden obowiązek mniej. Instruktor był na obozie najważniejszy, czego najczytelniejszym artefaktem było prawo samodzielnego zamieszkiwania pokoju instruktorskiego w gajówce. Kierownik mógł nocować wszędzie. W balangowni, stajni, namiocie. W krzakach też się zdarzało… Cykl życia wyznaczały godziny jazd oraz rytm wacht, na które podzieleni byli wszyscy uczestnicy obozów. Stajnia-teren-kuchnia-wolne. Codzienna zmiana wacht o godzinie 17:00. Wachta stajenna odpowiadała za porządek w stajni, karmienia, pojenia, zabiegi weterynaryjne, wyrzucanie łajniaków, wywożenie gnoju na pryzmę, porządkowanie pryzmy, ścielenie, przynoszeni słomy i siana z brogu. Ktoś z wachty miał też obowiązek spać w stajni. Po wachcie stajennej przejmowało się „teren”: utrzymanie porządku na terenie siedliska, ściąganie drewna z lasu, rąbanie i piłowanie go, robienie zakupów spożywczych oraz wszelkie inne prace bieżące. Potem następowała kolejna 24-godzinna wachta w kuchni – przyrządzenie kolacji, śniadania i obiadu, sprzątanie kuchni. A potem następował dzień „wolnego”, kiedy można było udać się na zasłużoną kąpiel w Tocznej, uprać ciuchy i cieszyć się chwilami niczym nieskrępowanej wolności. No chyba, że instruktor albo kierownik postanowili inaczej.

Ale wróćmy do tych pierwszych chwil po porzuceniu Mariana w strugach deszczu na Trybie i dotarciu do gajówki. To musiała być końcówka pierwszego obozu. Instruktorem był wówczas Witek G, boss Paszkowa, którym straszył nas Łukuś przed wyjazdem, kierownikiem zaś Cez. Na podwórku zastaliśmy tłum ludzi. Ogólnie, w przeciwieństwie do wcześniejszych wizyt w Wyżarach i Budach zostaliśmy przyjęci bardzo życzliwie i od samego początku zaczęły się tworzyć pomiędzy naszą trójką a obozowiczami i kadrą „więzi”. Atmosfera była bardzo luźna i życzliwa, imprezy każda lepsza od poprzedniej, choć lęk przed Witkiem tlił się gdzieś tam w podświadomości. Jednak dość szybko obóz skończył się, boss wyjechał, a dowództwo objęła zmiana: Łukuś – instruktor i Pułkownik – kierownik. Nie pamiętam teraz, czy nasza forpoczta (ja, Wronka, Pichlak) wróciliśmy do Warszawy i potem przyjechaliśmy w większym składzie, czy pozostali znajomi dojechali „w międzyczasie”, w każdym razie nasze podobozowe towarzystwo rozmnożyło się. Na pewno pojawili się: Lasek, Polak, Tomek S., Anyż, Ryciu, część kobiet (przypominam sobie Jolę K.). No i był mój serdeczny przyjaciel z ogólniaka Żmudek, który związał się z klubem jeździeckim już wcześniej i był tam już bardziej lokalesem niż podobozowiczem.

Bardzo ciekawym doświadczeniem była obserwacja relacji pomiędzy obozową kadrą, czyli Łukusiem i Pułkownikiem. Dwóch liderów o kompletnie odmiennych stylach zarządzania. Łukuś, nasz były wychowawca i nauczyciel historii z ogólniaka był dla nas niekwestionowanym autorytetem. I tak też budował swój wizerunek jako instruktor. Wyraźnie starszy od nas, dyrektywny, z trudem znoszący sprzeciw. Do tego perfekcjonista, u którego wszystko musiało być idealnie i „na glans”. U Łukusia była zawsze dyrektywa: „słuchajcie, trzeba zrobić to i tamto”. Pułkownik zaś był to „brat łata”. Taki który przyszedł, pogadał, namówił, przekonał, pokazał korzyści, że jak zrobimy coś, to będzie coś w zamian. I do tego raczej nasz rówieśnik. Natomiast Pułkownik perfekcjonistą nie był. Oj, nie był. Raczej był praktykiem nieznanej mi jeszcze wówczas zasady Pareto, która mówi mniej-więcej coś takiego: 20% Twoich działań przynosi 80% efektów. czyli inaczej – zadanie nie musi być idealnie wykonane, wystarczy, ze działa. I trzeba przyznać, że Pułkownik z tym swoim podejściem potrafił wyegzekwować od nas – leniwych podobozowiczów naprawdę dużo pracy. Wykopanie dołu pod nowy kibel i zbudowanie całej jego infrastruktury. Zapierdol przy budowie przeszkód crossowych – bo Pułkownik miał wtedy misję zbudowania ścieżki crossowej z jej (i jego) wizytówką – bankietem. A tak się złożyło, że leśnictwo wyraziło nam zgodę na wycinkę zdrowych drzew na tą konstrukcję, ale wskazało drzewa dobre kilkaset metrów od gajówki. No i chodziliśmy, ścinaliśmy, dźwigaliśmy do gajówki na ramionach (6-8 chłopa ustawionych jeden za drugim, żeby unieść pień), okorowywaliśmy, pasowaliśmy, przekopywaliśmy darń – bo Pułkownik potrafił nas do tego zachęcić, a nie nakazać. Jednak z uwagi na wręcz skrajną odmienność charakterów, między panami iskrzyło. Perfekcyjny Łukuś nie był w stanie znieść nieidealnego porządku na obozie Pułkownika. I czepiał się go o wszystko. Źle domyty stół pod wiatą. Niepoukładane drewno do kuchni i na kominek albo ognisko. Ścinki drzewa na podwórku. Butelki w loszku, na których się można było poślizgnąć. Okej, stół nie był nigdy idealnie domyty. Drewno leżało trochę byle jak. Wszystko było zrobione, ale nie tak do końca. Tylko chyba nikomu poza Łukusiem to za mocno nie przeszkadzało. Albo jak przeszkadzało, to sam ogarniał wokół siebie. Ale Łukuś musiał zaznaczyć swoje przywództwo – także w obszarze, który formalnie należał do kierownika obozu. Więc pewnego ranka po ostrej imprezie zaczął wytykać Pułkownikowi wszystkie niedociągnięcia. Pułkownikowi, mocno zmarnowanemu po imprezie „pękła gumka” i wyjechał Łukusiowi publicznie przy śniadaniu z tekstem mniej-więcej następującym: Łukuś, słuchaj, na tym obozie do Ciebie należy stajnia, a do mnie cała reszta. Więc jak już nie masz co robić w stajni, to zajmij się własnym kut..sem. Ubawu było co niemiara, mina Łukusia – bezcenna, ale mam wrażenie, że od tego czasu pomiędzy nimi zapanował jakiś rozejm. Aczkolwiek istnieje szansa, ze ta scena wydarzyła się rok później, gdyż ów duet ponownie spotkał się w Trybie na trzecim obozie w rolach kierownika i instruktora. Tego już nie jestem na 100% pewny. Pewny jestem zaś tego, że na tym obozie rok poźniej wydarzyła się jedna z zabawniejszych scen-gagów, jakie pamiętam. Łukuś prowadził w stajni zajęcia dla grupy początkującej z obsługi konia. Do prezentacji wybrał z sobie tylko wiadomych powodów konia Baryta – młodego, wielkiego, silnego i o poziomie responsywności porównywalnym wówczas z misiem koala. Czyli praktycznie żadnym. Łukuś zaczął pokazywać, jak należy czyścić kopyta konia kopystką. I ustawił się jakoś tak niefortunnie, że gdy Baryt wyrwał mu nogę w trakcie czyszczenia, głowa Łukusia zaklinowała się między przodami Baryta tak, ze ani rusz. Ten widok super-instruktora w stanie kompletnej bezradności i jego mina były zjawiskiem, na widok którego do dzisiaj nie jestem w stanie powstrzymać się od śmiechu.

Z Łukusiem i Barytem mam jeszcze jedno niezapomniane wspomnienie. Ale to już będzie w innym poście.
Podobnie jak opowieści o cudownych kobietach z tamtych lat.
I o przyjaźniach tam zawiązanych, które trwają do dzisaj.

3 komentarze do “Pierwszy kontakt”

  • No cóż, rzeczywiście tak odpowiedziałem Łukusiowi. I do tej pory Jest mi bardzo głupio z tego powodu. Ale mogę opowiedzieć historię skąd to się wzięło , że powiedziałem mu żeby się zajął własnym k…

    Odpowiedz
  • Otóż w noc poprzedzającą moją wypowiedź – z której to powodu do dzisiaj jest mi głupio – był na imprezie Rysiek z Ruskowa, który opowiedział historię sprzed paru lat. Otóż przyjechał na imprezę z siostrą, ale z jakiś tam powodów poszedł dość szybko spać na pryczę do do balangowni od strony pokoju instruktorskiego. Ale nie dane było mu zasnąć, ponieważ w pokoju obok rzeczona siostra oraz Łukuś poczuli do siebie na imprezie głęboką miętę i zaczęli ją realizować w praktyce. Po kilku godzinach słuchania głośnych odgłosów łup łup łup – jak widać Łukuś miał zdrowie, kondycję i dużą porcję testosteronu – o świcie wyciągnął siostrę z pokoju i pojechał do domu się przespać. I zapewne dlatego wyjechałem w takim argumentem a nie innym.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *