Stary prolog
Kiedy pojawił się pomysł na bloga, przypomniałem sobie, że w moich papierowych archiwach miałem kiedyś listy obecności kursantów z Trybu z obozów z lat najprawdopodobniej 1992 i 1993. Pomimo tego, że przeczesałem wszystkie możliwe stare szpargały, niestety nie znalazłem ich. Za to w komputerze odnalazłem stary folder zatytułowany TRYB a w nim moje pierwsze zapiski z historii gajówki, którą postanowiłem spisać jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Szkoda, że nie wytrwałem wówczas w pisaniu – dziś pamięć nie sięga wszystkich szczegółów i zdarzeń tak, jak pamiętałem je 30 lat temu. Zachował się jednak kompletny prolog oraz niedokończony pierwszy rozdział planowanej wtedy opowieści. Postanowiłem wrzucić tutaj te teksty bez jakiejkolwiek modyfikacji (poz literówkami), tak, jak pisałem je wówczas. Dlatego też odstępuję w ich przypadku od deklarowanej w poprzednim poście zasady używania wyłącznie pseudonimów osób. W latach 90-tych nie istniało jeszcze RODO a nikt z opisanych tam osób nie był wtedy osobą publiczną. Poniższy prolog został napisany – wnioskując z właściwości pliku – w okresie marzec-kwiecień 1996, a więc 9 lat po pierwszych wydarzeniach, jakie opisuje.
No to zaczynamy.
PROLOG
Historia mojej bytności na obozach jeździeckich jest nierozerwalnie związana z postacią niejakiego Łukusia. Łukuś (a właściwie Mirosław Łukomski) był moim wychowawcą i nauczycielem historii w liceum. W roku 1987, kiedy kończyliśmy trzecią klasę, Łukuś po raz pierwszy zaproponował nam, że osoby, które nie mają co z sobą robić w wakacje, mogą przyjechać do niego „na konie” do Puszczy Knyszyńskiej. W owe wakacje po raz pierwszy zostałem przez rodziców samodzielnie puszczony na wakacje pod namiot. Wyjechaliśmy wtedy w pięć osób: Aśka Kościelniak, Kasia Marszał, Paweł Polakowski, Jurek Kozłowski i ja nad jezioro Bachotek pod Brodnicą. Ponieważ wyjechaliśmy w sierpniu, Aśka, która spędziła wcześniej u Łukusia kilka dni na początku wakacji, namawiała nas na przeniesienie się do Wyżar. Po drobnym konflikcie, który w związku z tym się wywiązał, Jurek obrażony wsiadł w autobus do Warszawy, a my wyruszyliśmy w dalszą drogę.
Dla osoby świeżo usamodzielnionej była to doprawdy podróż godna wspomnień. W Jabłonowie Pomorskim, gdzie mieliśmy przesiadkę na Białystok, wsiedliśmy do pociągu tak zatłoczonego, że pierwsze kilka godzin spędziliśmy w kibelku, gdyż było to jedyne miejsce, w którym można było usiąść. Dopiero później w sąsiednim wagonie, zarezerwowanym dla kolonistów, zwolniły się przedziały, więc komfort podróży wzrósł nam niebywale (pomijając taki drobiazg jak permanentny brak wody, ale to dla osób podróżujących w owych czasach Polskimi Kolejami Państwowymi nie było żadnym zaskoczeniem). W każdym razie pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy z Pawłem po dotarciu do Białegostoku, była wizyta u fryzjera w celu umycia głowy.
Tam też po raz pierwszy doświadczyłem, co to znaczy „Polska B” – najbliższy Pekaes do wsi Waliły, która miała być końcem naszej drogi odchodzący za siedem godzin (wcześniej korzystałem z Pekaesów niemal wyłącznie na trasie Warszawa – Płock, gdzie kursują do dziś średnio co dwie godziny). Ale od tego momentu podróż nabrała zupełnie nowych dla mnie barw. W pewnej chwili autobus (cud, że takie wraki w ogóle jeżdżą) zjechał na polną drogę, w mijanych wsiach z rzadka tylko widać było budowle z cegły, zamiast kościołów pojawiły się najprawdziwsze cerkwie, a i język naszych współpasażerów znacznie różnił się od naszego.
Do Walił dotarliśmy po około półgodzinie jazdy bitą ziemną drogą. Aśka wyprowadziła nas ścieżką za pierwsze zabudowania i wskazała ciemniejący na horyzoncie las twierdząc radośnie, że mamy przed sobą ostatni kawałek drogi. Zarzuciliśmy więc plecaki na ramiona, w ręce wzięliśmy namioty i torby z żarciem i pomaszerowaliśmy. Z wędrówki tej pamiętam w zasadzie dwie rzeczy: wąską kładkę ze spróchniałą poręczą, na którą osobie z tobołami strach było wejść, oraz to, że po około czterdziestu minutach marszu las wcale nie chciał się przybliżyć. W końcu jednak dotarliśmy do gajówki Wyżary.
Było to niesamowite miejsce – maleńka osada niemal zupełnie odcięta od reszty świata, tętniąca swoim własnym życiem, którego tryb wyznaczały fizjologiczne potrzeby koni i jeździeckie potrzeby uczestników; natomiast w wolnych chwilach piło się bimber tzw. szemiot, która to nazwa pochodziła od nazwiska jego producenta, jednego z bardziej szanowanych mieszkańców Walił. I klimat panował tam niespotykany – wszystkie imprezy miały śpiewany charakter, a piosnki poświęcone były koniom, jeździeckim obyczajom itp – i były piękne. O wiele mniej interesujący był za to krajobraz (Puszcza Knyszyńska jest dość monotonna) oraz, co podówczas jeszcze nie przeszkadzało mi, lecz w z czasem stało się jedną z głównych przyczyn, dla których dozgonnie pokochałem Tryb, niesamowita hierarchiczność wśród tubylców. Elitą Wyżar była koteria stałych bywalców, zasiedziałych tam na obozach od lat. Po niej, z racji pełnionej funkcji, następowała kadra, to jest instruktor i kierownik obozu, potem tzw. zaprzyjaźnieni waleci, potem dopiero obozowicze i cała reszta ludzi takich jak ja – nuworyszy. Hierarchiczność tą można było dostrzec wszędzie – od wpływu poszczególnych osób na kolejność piosnek, śpiewanych podczas imprez (przez co wszystkie balangi były do siebie bliźniaczo podobne) poprzez stałe miejsca przy stołach podczas posiłków, aż po kolejność polewania bimbru i podawania barana przy ognisku.
Trzeba jednak przyznać, że Łukuś, będący wówczas instruktorem na obozie, przyjął nas bardzo serdecznie i cztery spędzone tam dni wspominam bardzo miło. Tam też zostały zawiązane moje największe przyjaźnie wczesnej ery poogólniakowej: z Tomkiem Służewskim, braćmi Pichalskimi, Mirkiem Anyżem, no i oczywiście z Polakiem. Co zabawniejsze – wszyscy oni właśnie skończyli mój ogólniak i nic wspólnego ze środowiskami jeździeckimi nie mieli. Od tamtego czasu wszystkie moje wakacje spędzałem wyłącznie na bazach jeździeckich, z których właśnie Tryb wspominam najmilej.
Z uwagi na to, że był to ostatni rok funkcjonowania Wyżar jako bazy jeździeckiej, kolejne wakacje odbyły się w oddalonych o ok. 30 km Budach, na południowym skraju Puszczy. Spędziliśmy tam wówczas, jako tzw. podobóz (16 osób z byłej mojej i Pichalskich klas) dwa tygodnie, które mogę wspominać mile li tylko dlatego, że stanowiliśmy zgraną gromadę. Dla koterii rządzącej przeniesionej żywcem z Wyżar w niezmienionej postaci byliśmy zjawiskiem dość uciążliwym – gromadą ludzi którzy hałasują, a nie można na nich zarobić „waletowego”, bo stołują się sami. (Poza tym, jako osoby nie jeżdżące konno byliśmy swego rodzaju „ludźmi inaczej”). I chociaż nie okazywali nam swojej niechęci wprost, a osobne imprezy nas i obozu należały do rzadkości, to kontakty były dość chłodne. Musiał to wyczuć także i Łukuś, gdyż w przyszłym roku zaczął nas namawiać na wyjazd do Trybu, a za podstawowy argument podawał to, że Tryb należy do Rady Wachmistrzów, a przez to układy personalne są zupełnie inne.
Tu należy poczynić pewne wyjaśnienie. Otóż konie, które znajdowały sie na wszystkich wymienionych bazach, były tam tylko latem, a ich rodzimą stajnią był Zakład Treningowy Koni Paszków pod Warszawą. W latach swojej prosperity Paszków posiadał tak znaczna liczbę koni kursowych, że na wakacje wysyłał je na 3-4 letnie bazy. Status tych baz był różny – niektóre stanowiły własność poszczególnych uczelni, inne osób prywatnych. Tylko Tryb należał do Paszkowa. W Paszkowie, będącym z kolei własnością SSP „Universitas” jeździli konno niemal wyłącznie studenci. Ci, którzy jeździli w zamian za pracę na rzecz klubu stanowili tzw. Radę Wachmistrzów, który to organ był odpowiedzialny za organizowanie obozów w Trybie. W sumie więc – też koteria, ale o wiele liczniejsza, zróżnicowana wewnętrznie, zmienna i bardziej zbliżona do mnie wiekiem.
Tak więc, latem 1989 roku, po ukończeniu przeze mnie pierwszego roku studiów, zaczęliśmy przygotowywać się (w o wiele mniej licznym gronie, czemu przysłużyły się intrygi Tomka Służewskiego) do kolejnego wyjazdu w nieznane, do gajówki Tryb na Podlasie.
