Tryb po raz pierwszy
PONIŻEJ PUBLIKUJĘ TEKST AUTORSTWA CZUBKA – O JEGO PIERWSZYM KONTAKCIE Z GAJÓWKĄ.
I cieszę się, że dzięki temu wpisowi „mój blog” staje się „naszym blogiem”.
*****
Długo przymierzałem się do napisania kilku słów na temat mojej pierwszej wizyty w gajówce. Traf chciał, ze zabrałem się do tego w dniu, gdy rosyjskie drony uderzyły w cele położone o 2 kilometry i 800 metrów od granic RP. Nad Żoliborzem od ponad godziny krążą dwa policyjne śmigłowce. Opowiedzmy zatem o czasach bardziej ponurych, ale stabilnych. Czy to zawsze tak jest, że stabilność jest nudna i ponura, może z wyjątkiem Szwajcarii? Nieważne. Zaczynamy.
Po raz pierwszy przybyłem do gajówki w początkach sierpnia 1985 r. Przypuszczam, że musiał to być 3, może 4 sierpnia. Na pewno nie pierwszy dzień miesiąca, który przypadał w czwartek, bo wtedy, jak przez całe lata, do dziś, staram się być o 17.00 na Powązkach. Sporo czytałem na temat powstania, jak to historyk – noblesse oblige – i niezależnie od sporów na temat jego szans sentymentalnie uznaję, że tych dziewczyn i chłopaków, którzy nie zawsze wierzyli w jego sens, ale nie chcieli łamać przysięgi i zostawiać kolegów oraz koleżanek samych, nie można zostawiać samych w tym dniu.
Ale do rzeczy – w godzinach późno popołudniowych tego dnia (17? 17.30?) zapakowałem się do dość zatłoczonego autobusu na dworcu (Warszawa Stadion? , dziś chyba nie istnieje) i ruszyłem do Tokar wyposażony w mapkę na wyrwanej z zeszytu kartce w kratkę. Narysowała ją moja przyjaciółka Iwona (Widalka), która od dawna nęciła mnie perspektywą niezwykłych atrakcji związanych z jazdą konną w SKJ. Ja jednak przez kilka lat zajmowałem się studiami, samorządnością uniwersytecką, NZS-em i podobnymi imponderabiliami, więc, po prostu, nie miałem czasu. W 1985 r. moje towarzystwo wydziałowe trochę od siebie odeszło (pierwsze małżeństwa, dzieci), a NZS jakby podumarł i znalazłem się w jakiejś wakacyjnej próżni. W tej sytuacji propozycja Widalki, wzmocniona może wieścią, że wśród uczestników znajdują się najfajniejsze dziewczyny w stajni w Paszkowie, skusiła mnie. A może gdzieś w tle była też podświadoma „miłość spóźniona do koni”?
Jak by nie było, jakoś przed sierpniowym zmierzchem, może około 19 lub 19.30 wysiadłem na przystanku w Tokarach i, kierując się planem, ruszyłem Trybą na wchód. Światło, jak to w sierpniu, gasło szybko i wkrótce maszerowałem po jasnej, szutrowej (trochę gliniastej?) drodze w narastającej ciemności (latarki nie wziąłem, bo po co). Dokoła coś pohukiwało, pogwizdywało i szeleściło. Nie, żebym się bał – było się wszak harcerzem, licealne wypady w plener itp. Poza tym, towarzyszył mi mój owczarek niemiecki Ares.
Dygresja: cóż to był za pies! Kochał mnie jak szalony, z pełną i równoważną wzajemnością. Rówieśnik stanu wojennego, w dziesiątym miesiącu jego trwania rzucił się z zębami na zomowca, który chciał mnie wylegitymować. Powodem była chyba moja zimowa kurtka moro. Wielu chłopaków w Warszawie ubierało się podobnie, jednak z jakichś względów było to nielegalne (chyba chodziło o obniżanie zdolności obronnych PRL-u poprzez kradzież z magazynów wojskowych). Jak by nie było, obywatel kapral mówił do mnie agresywnym tonem, a następnie gwałtowanie wyciągnął rękę w celu odebrania dowodu osobistego, którego nie mogłem okazać, bo go nie zabrałem na spacer. Zamiast dowodu, dostał zęby owczarka na nadgarstku. Zdrętwiałem – w realiach stanu wojennego, mógł mi zastrzelić psa i wyjaśnić w raporcie, ze zrobił to w obronie koniecznej. Na szczęście, trafiłem na miłośnika zwierząt lub obronnych szarików, bo cofnął się i z uznaniem powiedział: „O, ostry pies… A ta kurtka, to wiecie, tego… No!”. I oddaliliśmy się – patrol mocnym marszowym krokiem, ja na mocno miękkich nogach. W każdym razie, był to pies, z którym można było, jak w piosence, „ciemną nocą chodzić w ciemny las”. Koniec dygresji.
A las, istotnie, ciemniał – z lewej strony jakieś krzaczki, poletka, drzewa, potem krzyż i droga do Rudy; z prawej – duże pola zamknięte lasem; przed nami – ciemny masyw drzew, który z każdym krokiem masywniał i ciemniał. Człowiek jest w tedy jakby zatopiony w otoczeniu, jak ważka w bursztynie. „Gdzie ta droga przystaje, powiedz?” – pytał Krzysztof Kamil Baczyński swojego psa, Dana, podczas jednego z idyllicznych spacerów leśnych w 1943 r. („Z psem”, piękny wiersz, jest w sieci) i ja chyba też tak pytałem (lubię gadać psami, to ciekawi rozmówcy), bo plan był niby jasny, ale na kartce ze szkolnego zeszytu, więc dość ogólny. Ares to wybiegał w przód rozpoznając teren, to wracał sprawdzić, co u mnie. Trochę to trwało, ale w końcu, gdzieś w okolicach krzyża, a może dalej, dało się słyszeć wesoły rejwach, jakieś krzyki, śmiechy, a wkrótce, prześwitujące zza krzewów okalających drogę, pełgające światełka – jak się okazało świec i lamp naftowych stojących na stole pod wiatą, gdzie spożywano posiłki. Gajówka kończyła kolację. Jeszcze kilka minut marszu z omijaniem rozległych kałuż na drodze i stanęliśmy przed nieco koślawą już wtedy furtką prowadzącą na podwórze. Co dalej?
Dygresja: w następnych latach, po kilka razy w każde wakacje, podążałem tą samą drogą w większym już towarzystwie, wśród rozmów i śmiechów. Za każdym jednak razem, idąc w stronę gajówki, miałem to samo poczucie, które towarzyszyło mi za pierwszy razem – gdzieś niedaleko czekają konie, jazdy (może nie tak ważne za pierwszym razem, bo jeszcze nic nie wiedziałem), towarzystwo, imprezy – słowem, przygoda. I tak już zostało.
Sam pobyt okazał się bajeczny – choć spośród uczestników znałem tylko Widalkę, przyjęto mnie naprawdę miło. Niewykluczone, że jakiś wpływ na to miały rekomendacje Iwony i moja gra na gitarze oraz repertuar piosenek odświeżający nieco stajenne przyzwyczajenia (Cohen, Stachura, Brassens; zwłaszcza, nie pozbawiona dramatyzmu, ballada „Goryl” zyskała duże uznanie). Instruktor Łukuś okazał się być moim starszym kolegą po fachu (ukończył studia w moim instytucie kilka lat wcześniej, więc mieliśmy o czym rozmawiać). Dziewczyny, z których pamiętam Zdunkę (Ewę z filozofii), Pająka (Agatę z romanistyki) i Małą (Beatę z polonistyki) i chłopaki (Poryś, Paweł z Politechniki i Adam z ekonomii) oraz wszyscy inni okazali się świetnymi kompanami.
I jeszcze powrót, dość niezwykły – po około dziesięciu dniach musiałem, z powodów rodzinnych, wracać do Warszawy. Perspektywa dość ponura – marsz z Aresem do Tokar, autokar do Siedlec, oczekiwanie na pociąg do stolicy, podróż, słowem – kilka godzin z głowy. Na szczęście Pająk, która też musiała wracać z powodu sesji, odkryła, że w pałacu w Ruskowie, w PRL-u przemianowanym na siedzibę gminnej szkoły, są kolonie dla dzieci z Warszawy, które nazajutrz wracają autokarem do domu. Posługując się swym, niemałym, przyznajmy, urokiem osobistym, bez trudu przekonała kierowcę, że powinien zabrać ją, mnie i Aresa „na łebka” – i to za darmo. I tak, po krótkiej i komfortowej podróży, z dziećmi dopieszczającymi mojego psa, wysiedliśmy w centrum Warszawy.
Za słowami Młynarskiego z piosenki o orkiestrach dętych, „no, i tak to się zaczęło”. Miało też dalszy, dość niezwykły ciąg we wrześniu tego roku w Wyżarach. Zabawna historia. Ale to już całkiem inna opowieść.
