Chińskie auto
Ten post nie będzie o Trybie. Ale po prostu muszę się nim podzielić. Muszę, bo się uduszę 😉
W połowie września 2026)pojechałem na mini-urlop do włoskiej Kalabrii. Ja, moja Iwonka i jej mama. Miały być jeszcze dwie osoby, ale z różnych względów zrezygnowały z podróży. Zostałem więc prawie sam na sam z teściową. Zdarza się.
Elementem urlopu miało być zwiedzanie regionu. Przed wyjazdem zarezerwowałem więc samochód. Ponieważ miała być nas piątka, szukałem samochodu średniej wielkości, żebyśmy mogli się w nim wygodnie pomieścić. Wybrałem sobie Fiata 500X. W końcu jak Włochy, to Fiat. I tu ważna informacja. Jak się rezerwuje samochody przez platformy typu Rentalcars, Booking czy za pośrednictwem linii lotniczych, zawsze można zarezerwować sobie swój ulubiony samochód „lub inny podobnej klasy”, zapisany odpowiednio mniejszą czcionką. Moja życiowa maszyna losująca tak przeciętnie 9 razy na 10 przydziela mi samochód „lub inny podobnej klasy”. Tak było i tym razem, z tym że moja życiowa maszyna losująca postanowiła zaoferować mi specjalny bonus i obdarzyła po raz pierwszy autem chińskiej produkcji. Po wielokrotnym klikaniu otrzymanym w wypożyczalni pilotem podczas spaceru po alejkach parkingu, zareagował migotaniem światełek grafitowy pojazd marki EMC model 6 SEI.
Drodzy czytelnicy, mam dla Was dobrą radę. Jeśli kiedykolwiek na lotniskowym parkingu po naciśnięciu pilota otworzy się wam samochód EMC model 6 SEI, wracajcie w te pędy na terminal lotniska. Może samolot, którym przylecieliście jeszcze nie odleciał i szczęśliwie zabierze was z powrotem. Inaczej czeka was seria przygód dla osób o mocnych nerwach.
Pierwszy kontakt z EMC model 6 był jak obietnica lepszego świata. Wysoki SUV z wygodnym, obszernym wnętrzem. Mnóstwo „chromu” wszędzie, skórzane fotele, elektryczny szyberdach otwierany w te i wewte, indukcyjna ładowarka do smartfona, pierdyliard guziczków na kierownicy, duży ekran w teorii dotykowy, który błyskawicznie zintegrował się z moim ajfonem. „Tu jest jakby luksusowo” – EMC kusił nas szeptem cicho pracujących nawiewów po włączeniu silnika. Na manualną skrzynię biegów nie mogłem narzekać – to był świadomy wybór. „Bo wiesz, Gortek, taniej będzie i przypomnisz sobie jak się wachluje biegami” – odezwał się wprost do mego ucha Podszept, gdy zakładałem rezerwację. Po zajęciu miejsca za kierownicą zaczęło się robić ciekawiej. Oprócz manualnej skrzyni biegów, EMC model 6 oferuje także manualną klimatyzację. Jednym (chromowanym) przyciskiem włącza się agregat chłodzący, drugim (też chromowanym) przyciskiem „góra-dół” ustawia się siłę nagrzewnicy, trzecim zaś (chromowanym, a jakże) siłę nadmuchu. Problem pojawił się, gdy odkryłem, że naciskanie guzików nie wywołuje żadnego menu. Nie wiadomo ani jak mocno wieje, ani jak mocno grzeje. Jedyny sposób, to wejście w menu główne auta (ale wtedy znika nawigacja!) i dalsze wejście w menu nawiewu. O ile uda się wejść w menu nawiewu. Bo zasadniczo, niezależnie, co bym przycisnął na dotykowym ekranie, wyświetlało się menu radia. Którego w dodatku nie można było wyciszyć specjalnym przyciskiem do wyciszania radia na kierownicy. Więc italo disco umilało podróż w luksusowym chińskim pakiecie wyposażenia.
Kiedy dotykowy ekran raz na jakiś czas reagował na dotyk, udawało się jakoś ustawić klimę i przejść do menu nawigacji Car Play z ajfona. I tu dopiero zaczynało być fajnie. Ustawiona trasa po kilku chwilach zaczynała się wieszać. Auto jechało dalej, nawigacja twierdziła, że stoimy w miejscu. Reakcja na dotyk przestawała działać całkowicie. Jedynym sposobem na zresetowanie systemu i przywrócenie dotykowości ekranu oraz nawigacji było zatrzymanie się, wyłączenie silnika, otwarcie i zamknięcie drzwi kierowcy (naprawdę, bez tego trzaśnięcia drzwiami system nie odblokowywał się) oraz ponowne odpalenie silnika. Wtedy nawigacja działała do czasu, kiedy zaistniała potrzeba przełączenia menu na wyświetlaczu, żeby zmienić parametry klimatyzacji. Albo kiedy skręcałem na dowolnym skrzyżowaniu i włączał się obraz tysiąca kamer. Potem znów zawieszała się do kolejnego zatrzymania, wyłączenia silnika i trzaśnięcia drzwiami. I tak kilka razy dziennie.
Kolejnym zaskoczeniem był silnik. Albo to coś, co znajdowało się pod maską, bo silnikiem trudno to było nazwać. Pokrywę bałem się otworzyć w obawie, że zobaczę tam troje bosych, wygłodzonych chińskich dzieci błagających o jedzenie. Bo właśnie mocy miał ten pojazd tyle, co trzech zmęczonych marszem piechurów. Kalabria jest regionem dość górzystym. Jedyny bieg, na którym silnik wykazywał jakieś pozory elastyczności na podjazdach, to była jedynka. Żeby użyć obrazowego porównania: jeśli jesteś w Warszawie i chcesz podjechać w górę Tamką albo Oboźną na drugim biegu samochodu EMC model 6 – zapomnij. Chyba, że masz przyjemność w obserwowaniu, jak wyprzedzają cię piesi. Ryzykujesz też tym, że poza pieszymi wyprzedzi cię czas i możesz nagle zobaczyć pana Wokulskiego spieszącego na randkę z Izabelą Łęcką. W przeciwnym razie jedź cały czas na jedynce. Dasz radę! Dodam jeszcze, że napęd miało to auto hybrydowy w polskim stylu, czyli zagazowana benzyna. Ponieważ odebrałem auto z pełnym bakiem benzyny i pustym zbiornikiem gazu, jeździłem cały czas na benzynie. Nie wiem, jak zachowywałby się na gazie…
Prawdziwa magia zaczynała się jednak podczas obserwacji, co się dzieje ze światami samochodu. Przełącznik świateł posiadał oczywiście tryb „auto”, który zmieniał oświetlenie zależnie od sytuacji na drodze. Tyle, że algorytm sterujący tymi zmianami był najwyraźniej napisany w myśl zasady „żadne słońce nie będzie świecić jaśniej ode mnie”. Więc w warunkach normalnej widoczności, w pełnym słońcu, świeciły się światła mijania. Natomiast podczas deszczu, burzy oraz jazdy w kilometrowych, niedoświetlonych tunelach włączały się mdłe światła do jazdy dziennej. A czasem nawet światła postojowe. Serio. Chociaż w sumie, jest w tym jakaś logika. Im mniej widzisz, tym wolniej jedziesz. Czyli podobno bezpieczniej.
Po czterech dniach jazdy rozstałem się z tym cudem techniki z głośnym westchnieniem ulgi i bez żalu. A sama Kalabria? Jeszcze o niej wkrótce napiszę, bo warto. Ale raczej już nie tutaj – śledźcie moją stronę o podróżach – tych fizycznych i tych w głąb siebie: www.gortatowicz.pl
