Powroty

Okres przejściowy

Od wakacji 1994 Tryb praktycznie przestał istnieć. W tym roku wydarzyła się ostatnia akcja letnia, w dodatku niekompletna – nie wszystkie obozy się sprzedały i konie trzeba było ściągać do Paszkowa przed czasem. Przez kilka kolejnych lat gajówka niszczała. Na dawnej ujeżdżalni, pielęgnowanej co roku i oczyszczanej z kamieni leśnicy zasadzili młodniak. Niedaleko za nim rozpoczęła się wycinka starych drzew, okolica zmieniła się więc. Po kilku latach (chyba jeszcze w końcówce lat dziewięćdziesiątych) gajówkę wydzierżawił od nadleśnictwa, a po kolejnych kilku odkupił niejaki Tocio. Był to człowiek dla mnie „z zamierzchłej ekipy” – jeden z tych, którzy urządzali gajówkę pod obozy jeździeckie jeszcze w latach siedemdziesiątych. Znałem go tylko z opowieści, poznaliśmy się osobiście dopiero wiele lat później.

Ponieważ dla mnie Tryb był od początku miejscem magicznym i na swój sposób świętym, po ostatniej akcji letniej postanowiłem sobie, że przynajmniej raz w roku muszę tam wrócić, dopóki będę miał na to siły i środki. Nieważne, co się będzie działo, nieważne, czy Tryb będzie istniał, czy będzie czyjś czy rozsypie się w proch. Złozyłem wtedy taką przysięgę sam przed sobą i do dzisiaj (jest koniec sierpnia 2026) zdarzyły się tylko dwa lata, kiedy do Trybu nie dojechałem. To były zawsze samotne wycieczki. Trasy wymyślałem sobie różne, ale wizyta na podwórzu gajówki, obowiązkowy sik na kamieniu kierowniczym, Toczna w Rudzie i Drohiczyn były zawsze stałymi punktami. Wybierałem też z reguły dziwne pory odwiedzin – nie znałem Tocia i bardzo nie chciałem go spotkać. Było mi głupio wyobrazić sobie scenę, że przyjeżdżam do „mojego Trybu” i muszę się tłumaczyć przed obcym człowiekiem kim jestem i dlaczego naruszam jego mir domowy. Więc odwiedzałem gajówkę po cichu i znienacka, dokumentując fotograficznie każdy pobyt. Aż w końcu nadszedł taki czas, ze się z Tociem poznaliśmy. Nie pamiętam gdzie i kiedy to nastąpiło, ale okazał się niezwykle sympatycznym, jowialnym starszym panem, którego w dodatku niezwykle ucieszyły moje opowieści o samotnych podróżach do gajówki. Spotkanie to zaowocowało zaproszeniem do oficjalnego odwiedzenia go w Trybie „większą ekipą”. W następstwie czego usiedliśmy kiedyś z Cezem przy piwie i wymyśliliśmy, że super byłoby zrobić wyprawę do Trybu w jakiś weekend ale w stylu „jak za dawnych lat”, czyli korzystamy wyłącznie z transportu zbiorowego i odtwarzamy trasy, jakimi docierało się do gajówki w latach 80-tych i 90-tych.

To był rok 2012. W efekcie, w któryś sobotni lipcowy poranek zebrało się nas pięciu na peronie stacji Warszawa Śródmieście z plecakami i wyśmienitym humorem i zainicjowaliśmy serię powrotów do Trybu, które trwają od tamtego czasu nieprzerwanie do teraz. A ową pierwszą ekipę stanowiliśmy: ja, Cez, Robercik, Loranc i Mały Krzyś. A o tej wyprawie będzie kolejny post. A tymczasem – mała retrospektywa – gajówka w kolejnych latach.

Rok 2006, kwiecień

Rok 2007, październik. Tryb, Toczna i znaki z nieba

Rok 2009, kwiecień. Gajówka drzewo i ten widok, przy którym chciałem kiedyś umierać 😉

Rok 2010, czerwiec. Wtedy wystraszyłem się, że ktoś tam jest i nawet nie wysiadłem z auta…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *